Jak nie zostałem konserwatystą?

Krzysztof Nawratek w swojej ostatniej notce stwierdził, że Nowe Peryferie przeszły ostatecznie na pozycje „społecznie wrażliweg republikańskiego konserwatyzmu (z lekkim rewolucyjnym posmakiem).” Jakkolwiek cenie sobie żarliwy krytycyzm czytelniczy Nawratka w odniesieniu do naszego skromnego portalu, to tutaj jestem zmuszony zaprotestować  – przynajmniej we własnym imieniu (bo oczywiście niektórzy nasi autorzy są bardziej konserwatywni ode mnie).

Jeśli konserwatyzm zdefiniować jako pewien projekt dobrego życia, w którym mieści się zakorzenienie się w szeroko rozumianej tradycji oraz uczestnictwo w społeczności cechującej się gęstą siecią relacji społecznych, pełniącą do tego wobec swoich członków funkcje kontrolne, to taki projekt jest mi obcy na najbardziej podstawowym, egzystencjalnym poziomie; za nic w świecie nie chciałbym żyć w społeczeństwie urządzonym wedle takich zasad. Mam jednak pewną słabość do konserwatyzmu na poziomie intelektualnym – jest to pewien fenomen społeczny, który uporczywie staram się zrozumieć (a swoją rolę społeczną drobnego inteligenta rozumiem zdecydowanie hermeneutycznie).

Jałowe mi się bowiem wydaje podejście bardzo wielu lewicowych komentatorów rzeczywistości, dla których konserwatyzm jest po prostu wyrazem jakiejś personalnej czy zbiorowej słabości moralnej bądź irracjonalizmu (oczywiście Nawratek nie należy do tej grupy). Każde zjawisko społeczne (nawet jeśli na poziomie moralno-estetycznym budzi ono nas sprzeciw) ma swoje przyczyny, które można starać się zrekonstruować. I  konserwatyzm jest w tym intelektualnym sensie zjawiskiem całkowicie zrozumiałym, jako reakcja na szok nowoczesności, o czym pouczają nas lewicowi myśliciele od Marksa po Habermasa.

Z tego teoretycznego rozwiązania wynikają też oczywiście postulaty praktyczne; to co Nawratek nazywa „odrzuceniem internacjonalizmu i społecznej emancypacji” jest dla mnie raczej postulatem sceptycyzmu wobec oktrojowanej modernizacji społecznej. I sprzeciw ten nie ma charakteru moralizatorskiego, a raczej pragmatyczny. W moim odczuciu wszelkie formy narzucania społeczeństwom rozwiązań progreswynych z pozycji władzy („my was instytucjami unijnymi nauczymy myśleć bez alienacji”) niosą w sobie niebezpieczeństwo jeszcze groźniejszego niż status-quo backlashu. Przykładowo, eksplozja ksenofobii jaka miała miejsce w Polsce po kryzysie uchodźczym jest oczywiście moralnie i estetycznie obrzydliwa, ale mimo to jest faktem społecznym, który każe sobie zadać pytanie o to, czym może skończyć się narzucana instytucjonalnie wielokulturowość. Nie oznacza to zarzucenia postulatów progresywistycznych; chodzi raczej o to, jak sprawić, by stały się one czymś co społeczeństwo traktuje jako coś swojego, a nie zadowalanie się tanią „progresywistyczną” moralistyką.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *