Migracje i klasy

Wpis Krzysztofa Nawratka nawołujący do totalnej inkluzywności poprzez otwarcie granic Europy na przybyszów spoza kontynentu jest dobrym przykładem idealistycznego, opartego na wartościach, spojrzenia na postulaty polityczne. I na tym gruncie trudno mi toczyć polemikę, jednak jako nieuleczalny materialista filozoficzny czuję potrzebę sprowadzenia debaty migracyjnej na twardy grunt analizy klasowej. Odnoszę bowiem wrażenie, że bez uwzględnienia tego aspektu trudno nam będzie zrozumieć to, jak i dlaczego się toczy spór o migracje.

Sukces Donalda Trumpa pokazuje, jak się zdaje, że hasła izolacjonistyczne (w tym budowanie murów anty-migracyjnych) cieszą się niesłabnącym poparciem wśród dużych segmentów tradycyjnej klasy robotniczej czy ogólnie rozumianych klas ludowych. I zanim z pozycji moralnej wyższości potępimy te sentymenty, to spróbujmy zrozumieć skąd się one biorą. Porządek świata realnego neoliberalizmu polega – co jest nieomal truizmem – na tym, że z jednej strony państwo wycofuje się z zapewniania dóbr i usług, które brało na siebie w czasie rozkwitu powojennego welfare state. Z drugiej zaś – zmiany rynku pracy prowadzą do presji na obniżkę płac, prekaryzajcę warunków zatrudnienia etc. Wszystko to odbija się rzecz jasna mocniej na klasach ludowych niż na nowych klasach średnich, które zachowują względnie uprzywilejowane pozycję dzięki sprzedawaniu specjalistycznych kompetencji na rynku.

Znajdujące się w tej dramatycznej sytuacji klasy ludowe będą w naturalnych patrzeć na nowo przybywających jako na konkurencję – z jednej strony do coraz bardziej kurczących się zasobów państwa opiekuńczego a z drugiej – do coraz bardziej prekarnych pozycji w dolnych rejestrach rynku pracy. Natomiast dla nowej klasy średniej imigranci są dużo mniejszym zagrożeniem – raz że nowa klasa średnia coraz bardziej ucieka z instytucji państwa opiekuńczego do prywatnej sfery (szkół, służby zdrowia) a dwa, że trudno – jak na razie – wyobrazić sobie aby imigranci byli realną konkurencją na rynku pracy dla coachów, copywriterów, doradców ux, czy – last but not least – wykładowców akademickich. Z tej perspektywy można oceniać idealizm moralny nowej klasy średniej jako nieco „bezkosztowy” (mam nadzieję, że nie będzie to potraktowane jako przytyk personalny do kogokolwiek).

Nie oznacza to oczywiście, że powinniśmy, w imię opacznie pojmowanej solidarności z wyimaginowanym ludem zacząć godzić się na np. rasizm w przestrzeni publicznej, ani że nie należy myśleć nad podjęciem realnych działań mających nieść pomoc ludziom uciekającym przed wojną i opresją. Jednak nie powinniśmy automatycznie uznawać, że koszta idealistycznej polityki bez szemrania poniosą relatywnie słabsi. Wręcz przeciwnie – w takiej sytuacji nacjonalistyczny backlash może być nieunikniony (zwłaszcza w krajach Europy środkowej, które w ramach unijnego podziału pracy pełnią rolę tanich poddostawców). I w ten sposób zamiast osłabić politykę tożsamości, będziemy ją tylko podsycać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *