Inteligent zaskoczony

Tomasz Zarycki twierdzi, że w Polsce jako kraju peryferyjnym socjologów słucha się bardziej, niż w krajach centrum (i że to niekoniecznie dla socjologii dobrze). Odnoszę jednak wrażenie, że to słuchanie socjologów nie przybliżyło jeszcze naszej inteligenckiej publiczności (ani części samych socjologów) do zrozumienia procesów społecznych przez teorie socjologiczne opisywanych.

Otóż od jakiegoś czasu w kręgach inteligencko-postępowych widać coraz bardziej wyraźne zdziwienie faktem, że młodzież w Polsce coraz mocniej przechodzi na pozycje narodowo-konserwatywne (tak jakby sam fakt niedawnego urodzenia miał ludzi predestynować do posiadania progresywnych poglądów). Przy czym ten zwrot na prawo głównie objawia się rosnącą ksenofobią, skierowaną zwłaszcza w stronę mitycznych „Arabskich uchodźców” (których nikt poza pogranicznikami w Polsce nie widział) oraz grup kulturowo mniejszościowych. Komentarze opisujące ten fakt mają często postać oburzonego niedowierzania pt. „ale jak to? czemuż ci młodzieńcy nie pałają kosmopolityczną tolerancją?”

Tymczasem jeśli wierzymy, że socjologia czegoś nas o świecie uczy, to nie powinno nas w najmniejszym stopniu dziwić, że jeśli w jakimś kraju został zbudowany system praktycznie uniemożliwiający awans społeczny,  spychający całą masę ludzi w sytuację prekarną, a na domiar złego nie dający cywilizowanych kanałów artykulacji społecznego sprzeciwu, to reakcją „demosu” będzie frustracja i agresja. A najlepsi w kanalizowaniu tej frustracji i agresji są zawsze ci, którzy umieją wskazać na realnego czy wyimaginowanego „wroga”. Z tej też przyczyny to Marian Kowalski ma większe szansę zostania głosem młodego pokolenia niż Kamila Gasiuk-Pihowicz.

Ważne jest też to, by zauważyć, że tej frustracji nie da się po prostu zaleczyć „socjalem”. Przebudowa społeczeństwa tak, by osuszyć glebę dla ksenofobicznej frustracji nie może kończyć się na postulacie „dosypania plebsowi paru groszy” (a wydaje się to być najdalszym horyzontem refleksji co bardziej „oświeconych” mandarynów obozu „obrony demokracji”). Aby rozbić ten ponury konglomerat głosu autentycznego wykluczenia ze źle skierowaną agresją trzeba też wypracować skuteczne kanały artykulacji społecznego sprzeciwu; inaczej każda elita polityczna będzie odbierana jako wyalienowani oni. Oznacza też to konieczność niezbyt miłego dla wrażliwego inteligenta podjęcia rozmów z niezbyt tolerancyjnymi przedstawicielami demosu. Ale niepodjęcie tego wyzwania i odrzucenie postulatu upodmiotowienia politycznego „narodu” możne nas kosztować o wiele więcej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *