O „końcu demokracji liberalnej”

Aktualna awantura o Trybunał Konstytucyjny ma jedną niezwykle ważną konsekwencję – działania PiSu i Andrzeja Dudy zrywają bowiem pewne „illusio” w jakie uwikłani byliśmy w naszym myśleniu o systemie prawno-sądowniczym: że jest to jakiś „ponadpolityczny” (przynajmniej na poziomie idealnym) wymiar życia społecznego, którego zadaniem jest realizacja pewnych abstrakcyjnych zasad, pozostających w kontraście do polityki rozumianej jako realizacja partykularnych interesów. „Wrogie przejęcie” Trybunału przez PiS pokazuje, że to pojęcie było ułudą, z czego de facto wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, tylko baliśmy się przyznać i dopiero Jarosław Kaczyński et consortes mieli czelność sprowadzić – na poziomie symbolicznym – „prawo” z abstrakcyjnego nieba na polityczną ziemię.

Otwartym pozostaje pytanie o znaczenie tego wydarzenia dla funkcjonowania ustrojowego Polski. Nawet, jeśli porzucimy histeryczną narrację „końca demokracji” i „faszyzmu” (które już naprawdę wyglądają dość groteskowo), to musimy przyznać, że coś istotnego się zmienia. Tylko co?

Panujący przez 5 lat monopartyjnej władzy PO w Polsce ustrój można by określić mianem „demokracji formalnej” – były zachowane wszystkie formalne wymogi demokracji liberalnej w stylu zachodnim (procedury, trójpodział władz etc). Jednak pod spodem tych formalnych procedur mieliśmy do czynienia z faktyczną oligarchizacją życia publicznego. To napięcie pomiędzy formą a treścią życia społecznego było źródłem powszechnego przekonania o ogólnie hipokrytycznym charakterze naszego ustroju i napędzało popularność grup „antysystemowych”. Jednak największym grzechem poprzedniego systemu nie była wcale jego korupcjogenność, lecz pozbawienie szerokich grup społecznych faktycznego obywatelstwa, rozumianego jako możliwość realnej partycypacji w decyzjach politycznych. Polacy nie byli obywatelami lecz przedmiotami działań rynkowo-administracyjnych.

Zmiana sytuacji zewnętrznej oraz umiejętne załagodzenie oporu przynajmniej niektórych grup interesu umożliwiły PiSowi skuteczne – jak się wydaje – rozbicie układu władzy związanego z PO. Dokonuje się przy tym proces – by użyć bieda-heglowskich terminów – negacji abstrakcyjnego porządku. PiS nie tyle rozbija realny system władzy, co jego symboliczną nadbudowę. W ten sposób zostaje zniesiony pozór liberalnej demokracji formalnej, z jej rozszczepieniem na „idealistyczną” sferę prawną oraz „realistyczną” podbudowę cynicznej polityki interesów.

Co będzie efektem tego „procesu negacji”? Jak się wydaje, zmierzamy do formuły czegoś, co można by określić mianem miękkiego autokratycznego populizmu (czego nie należy w żadnym stopniu utożsamiać z „faszyzmem”). Władza nie jest już tu sprawowana dzięki formalistycznej legitymizacji, lecz dzięki mobilizacji dostatecznie szerokiego spektrum elektoratu, którym zarządza się za pomocą pewnego dowartościowania zarówno na poziomie materialnym (stąd wynika, że PiS MUSI zrealizować przynajmniej część swoich postulatów socjalnych) jak i symbolicznym (polityka kulturalna mająca na celu podreperowanie narodowego ego). Ustawia się w ten sposób (całkiem skutecznie) obrońców formalnych procedur demokracji liberalnej w roli wyalienowanej elity i do pewnego stopnia dopodmiotawia się jaką część wspólnoty politycznej.

Ten proces negacji jest – z punktu widzenia historii jako celowego procesu zmierzającego do osiągnięcia najwyższego stopnia rozwoju ludzkości (wybaczą Państwo ten sardoniczny ton) – do pewnego stopnia postępowy. Proces polityczny przestaje tu być wyłączną domeną elit ustawiających się w roli strażników idealnych zasad, lecz musi do pewnego stopnia kalibrować interesy nowej, „anty-salonowej” ekipy oraz części grup społecznych. Lecz płaci się za to sporą cenę. Raz, że likwidacja formalnych aspektów „demokracji liberalnej” może powodować faktyczną deprecjację rozmaicie rozumianych grup mniejszościowych (oczywiście, nikt nie będzie budował obozów koncentracyjnych, lecz pewnym, niepasującym grupom będzie dawało się do zrozumienia, że mają się czuć „nie u siebie”). Dwa, że proces włączenia szerszych mas w proces polityczny nie będzie się odbywał poprzez budowanie stabilnych mechanizmów partycypacji tylko przez doraźne zarządzanie emocjami.

W tej sytuacji krytyka nowopowstającego systemu politycznego nie może być krytyką regresywną – to znaczy wskazującą na to, co było, jako na utracony Eden, który został zniszczony rękami „ludzi nieodpowiedzialnych”. Skuteczna krytyka musi być progresywna – to znaczy musi nieść ze sobą projekt autentycznej, głębokiej demokracji, która będzie w sobie łączyć postulat upodmiotowienia i partycypacji szerokich mas społecznych z postulatem szacunku dla grup mniejszościowych. Oczywiście to, czy będzie to postulat możliwy do skutecznego wyartykułowania zależy od wielu czynników – przede wszystkim od tego, czy uda się zmontować koalicję społeczną, której będzie na takich postulatach zależeć. Jednak koalicji takiej nie zbudujemy przyłączając się do protestów mandarynów schodzącego z historycznej sceny systemu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *