Między naiwnością a rasizmem

Mam pewien problem z akcjami spod znaku „refugees welcome” i „żaden człowiek nie jest nielegalny”. Otóż wydaje mi się, że są one – jakkolwiek doceniam etyczny imperatyw za nimi stojący – do pewnego stopnia oparte na zafałszowanej ocenie rzeczywistości. Masowe migracje są i nieomal zawsze były zjawiskami, które mają swoje określone koszty społeczne: nakładanie się podziałów ekonomicznych na podziały kulturowe prowadzi do różnych patologii społecznych (gettoizacja, wzrost przestępczości, wzrost ksenofobii wśród ludności przyjmującej). Oczywistą jest rzeczą, że te patologie nie zazwyczaj dotyczą całości, ani nawet większości społeczności migranckich i można w dziejach znaleźć przykłady udanych integracji społecznych. To wszystko nie powinno nas jednak skłaniać do fałszywego hurraoptymizmu, kŧóry ignoruje możliwe problemy.

Oczywiście, można usprawiedliwiać ten hurraoptymizm reakcją na zalew rasistowskiego szlamu w debacie publicznej. Ale wydaje mi się, że nie da się prowadzić szczerej debaty, jeśli zamykamy oczy na problemy. W ten bowiem sposób dajemy tylko oręż do ręki przeciwnikom, którzy wykorzystują go do tworzenia narracji pt. „poprawni politycznie idioci ukrywają prawdziwe oblicze migracji”. Tak, migracja rodzi liczne problemy zarówno dla strony migrującej jak i przyjmującej. Jednak nie jest to dowodem na prawdziwość rasistowskiego światoobrazu, w którym bycie urodzonym w społeczności muzułmańskiej jest czymś w rodzaju mentalnej bruzdy na czole, sprawiającej, że każdy osobnik w ten sposób naznaczony będzie od razu marzącym o wprowadzeniu w kraju swojego zamieszkania szariatu notorycznym gwałcicielem białych kobiet. Jednak walka z tym rasistowskim obrazem nie może polegać na ukrywaniu kosztów migracji, lecz na wskazywaniu ich systemowego charakteru.

Ostatecznie bowiem – jakkolwiek by nie zabrzmiało okrutnie – decyzja o przyjęciu migrantów jest decyzją polityczną. Można wiele mówić o moralnym obowiązku pomocy biednym ludziom, ale nie zmienia to faktu, że jesteśmy (my – kraje bogatej północy) niezwykle selektywni w reagowaniu na zło na świecie. Nieomal nic nie zrobiliśmy z koszmarem II Wojny Kongijskiej (największej rzezi na globie od czasów II Wojny Światowej), nie przejmujemy się za bardzo sytuacją w Erytrei (gdzie mamy teraz powtórkę z najczarniejszej nocy stalinizmu etc). Decyzję o przyjęciu uchodźców musimy zatem podjąć i nie ma w niej żadnego automatyzmu.

Zwłaszcza, że zdanie się na automatyzm („migranci i tak się pojawią”) w podjęciu takiej decyzji podmywa pewną istotną moim zdaniem wartość – a mianowicie westfalskie pojęcie suwerenności. W tym pojęciu mieści się to, że kraj suwerennie decyduje m.in. o tym, kto ma prawo, a kto nie, przebywać na jego terytorium. Rezygnacja z tej zasady jest krokiem do destrukcji państwa narodowego i dążenie do takiej destrukcji wydaje mi się rzeczą bardzo nierozsądną. Zatem jako wspólnota polityczna musimy rozważyć racje etyczne i pragmatyczne i na tej podstawie działać. Przedstawiając zaś te racje, warto pamiętać o intelektualnej uczciwości i rzecz dotyczy obu stron sporu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *