Imperium w kryzysie

W arcyciekawej książce „Przekleństwo Imperium” Paweł Rojek argumentuje, że współczesna Rosja nie jest państwem imperialnym, ponieważ brakuje jej dwóch podstawowych cech każdego imperium – chęci rozszerzania granic poza obszar państwa narodowego i uzasadniającej tę ekspansję ideologię. Ta definicja imperium skłania do refleksji  nad tym, czy we współczesnym świecie istnieją jeszcze jakiekolwiek imperia – nie spełniają jej bowiem ani USA (które od ponad 100 lat nie zmieniają granic), ani Chiny, które nie mają większych ambicji terytorialnych poza utrzymaniem Tybetu i „zjednoczeniem się” z Tajwanem.

Wydaje się że jedynym imperium jest obecnie Unia Europejska – bowiem projekt unijny zakłada ekspansję terytorialno-polityczną (warto pamiętać, że UE ma ponad 500 milionów mieszkańców i gospodarkę wielkości 1/4 globalnego PKB – czyli, gdyby traktować ją jako jedno państwo, to byłby to prawdopodobnie najpotężniejszy kraj świata) oraz posiada legitymizującą ten ekspansjonistyczny projekt ideologię „wartości europejskich”. Co ciekawe, jest to projekt imperialny (in all but name) realizowany prawie wyłącznie metodami pokojowymi.

Jednak dziś – po ogłoszeniu wyników greckiego referendum, możemy stwierdzić, że europejskie imperium znajduje się w kryzysie. I kryzys ten, jak się wydaje, tylko po części wynika z nieudolności i korupcji elit greckich. Wydaje się, że kryzys, który doprowadził do „buntu prowincji” wydaje się mieć przyczyny tkwiące w samej konstrukcji naszego „imperium”. Z jednej strony bowiem konstrukcja Unii Europejskiej, a zwłaszcza Eurolandu, zakłada coraz dalej idącą centralizację decyzji w kwestiach gospodarczych. Z drugiej strony jednak – gdy przychodzi do problemów, to nagle okazuje się, że przecież mamy do czynienia z suwerennymi krajami, i każdy z osobna powinien się martwić o to, skąd weźmie na emerytury.

Ta konstrukcja, jak widać, działa tylko na krótką metę – bowiem centralizacja bez przepływu środków wydaje się prowadzić do strukturalnych problemów na obrzeżach imperium. Stąd „bunt prowincji” w Grecji, na horyzoncie możliwy bunt w Hiszpanii. I wydaje się, że możliwe są tylko dwa wyjścia – albo powolna dekompozycja konstrukcji imperialnej, czyli powrót do „Europy ojczyzn”, połączonych jakąś niezbyt zobowiązującą unią handlowo-celną, albo jeszcze głębsza integracja, która zakładałaby zarówno wzmocnienie władzy centralnej, jak i mechanizmów solidarnościowych wewnątrz Unii (bo obecnie, jeśli wierzyć choćby P. Krugmanowi, to transfery międzystanowe w „neoliberalnych” USA są bez porównania większe niż transfery międzykrajowe w ramach „socjalnej” UE).

Tę debatę musimy odbyć również w Polsce; a mam niestety wrażenie, że odbywa się ona głównie na marginesach życia polit-medialnego: mamy środowiska zarówno mocno akcentujące konieczność ograniczenia Unii, jak nawołujące do krytycznego federalizmu, ale nie są one obecne w głównym nurcie, który zdaje się żyć w błogim przekonaniu, że jest dobrze tak jak jest. Owszem, aktualnie Polska korzysta z członkostwa w UE (dostęp do rynków, środki spójności, możliwość eksportu niezagospodarowanych nadwyżek siły roboczej), lecz te korzyści mogą okazać się mocno tymczasowe, zwłaszcza, że pieniądze inwestuje się w przysłowiowe ekrany akustyczne. I gdy skończą się możliwości obecnego modelu rozwojowego to możemy znaleźć się w równie niewesołej co Grecja sytuacji (aczkolwiek na naszą korzyść zdaje się działać fakt nieprzyjęcia euro), z równie ograniczonymi możliwościami podmiotowego działania z jednej strony, a z drugiej – z absolutną niechęcią unijnych przyjaciół do finansowania „leniwych Polaków”. Dlatego pytanie o optymalny kształt naszego imperium powinniśmy sobie zadać już dziś.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *