O grantach i ludziach

Tekst Michała Bilewicza, krytykujący postulaty „oburzonych” humanistów, jest to tyle ciekawy, że ilustruje pewną charakterystyczną strategię argumentacyjną „krytycznych zwolenników” obecnych reform systemu nauki i szkolnictwa wyższego. Otóż – bronią oni systemu grantowego, prekaryzacji i tym podobnych zjawisk jako remedium na patologie toczące polską akademię. I trzeba uczciwie przyznać, że skala owych patologii jest porażająca i dziwi, że środowiska „obrońców humanistyki” wolą o tym dyplomatycznie milczeć. Jak złośliwie ktoś stwierdził  w jednej z internetowych debat – jeśli brak grantów i oceny pracowniczej miałby stanowić dobre warunki dla rozwoju „nowych Kantów„, to w Polsce w latach 90tych i wczesnych 2000nych powinniśmy mieć całą serię nowych Krytyk Czystego Rozumu. Tymczasem mieliśmy, obok przykładów porządnej akademickiej roboty, wysyp kolesiostwa, promowania intelektualnych i dydaktycznych miernot i temu podobnych zjawisk.

Promowanie systemu grantowo-punktowego jako remedium na tę sytuację przypomina jednak postępowanie człowieka, który walcząc z plagą szczurów we własnym domu postanowił ostrzelać go z ciężkiej artylerii. Gdy bierzemy się za rozmowę o wadach i zaletach systemu finansowania nauki to nie możemy zakładać że jego funkcją ma być rozmontowywanie środowiskowych patologii. Nie, jego funkcją ma być, co może się wydawać zaskakujące, umożliwienie naukowcom rzetelnej i efektywnej pracy. I w tym miejscu można wątpić czy system grantowy – jeśli zastosować go do humanistyki (bo być może dobrze on działa w naukach ścisłych/behawioralnych/społecznych) nie wydaje się jakoś przesadnie szczęśliwym pomysłem.

Bilewicz pisze o USA, gdzie nakłady na granty w humanistyce są relatywnie niższe niż w Polsce. Nie znaczy to jednak, że humanistyka jest finansowana w Polsce lepiej niż w USA (byłoby to nawet sugestią zabawną, gdyby piszący te słowa nie był świadom sytuacji, gdy na międzynarodowych konferencjach polscy naukowcy meldują się w hostelach, a profesorowie z Ivy League wynajętym mercedesem pomykają do najbliższego Radissona). Oznacza to jedynie, że w Stanach granty są marginalną formą finansowania humanistyki, a gros środków jest dysponowanych w „starym stylu” – na etaty na profesorów, którzy mogą zatrudniać astystentów i mają środki na wyjazdy oraz kwerendy. Do tego dochodzą programy stypendialne zapewniające mobilność.

I w zasadzie tyle jest humanistyce (mówię o „klasycznej” humanistyce, a nie o kognitywistyce czy psychologii społecznej) potrzebne do istnienia – etaty, ścieżki awansu, programy moblinościowe. System grantowy można potraktować tu jako dodatek „motywacyjny” (do czego i tak często u nas się sprowadza) ale nie jako rdzeń finansowania. Ale nie zmienia to faktu, że aby taki „klasyczny” system finansowy mógł zostać wprowadzony, to elementarna uczciwość nakazywała by dokonania rozliczenia merytorycznego istniejących kadr i wprowadzenia efektywnych procedur monitorowania jakości pracy naukowej oraz dydaktyki. Inaczej ewentualnie zwiększenie środków statutowych, czego domaga się np. Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej, stanie się jedynie formą patologicznej i niemoralnej „polityki społecznej” – utrzymywania kosztowych etatów dla rzesz osób, które żadnych stanowisk akademickich zajmować nie powinny.

 

2 komentarze/y

  1. W sumie zgadzam się w całej rozciągłości. Też chciałbym systemu, w którym będą transparentne konkursy i dobrze opłacane długie etaty typu tenure. Humanistyka potrzebuje dobrze wynagradzanych (i nie tak licznych jak dziś) profesorów, a nie grantów badawczych. Pytanie jednak, co tu i teraz? Istniejący system grantowy w humanistyce traktuję na razie jako protezę porządnej polityki kadrowej. Myślę o tych, co przyjechali po doktoratach w Niemczech, Anglii czy Holandii i nikt by ich tu nie zatrudnił na etat (nawet jeśli etatów tych będzie znacznie więcej niż dziś i będą lepiej opłacane – jak postuluje KKHP). Nikt mi nie wmówi, że w polskiej humanistyce istnieją transparentne procedury konkursowe, w których zawsze wygrywa lepszy. Jeśli ktoś chce zwiększyć stałą dotację kosztem grantów, to dla mnie oznacza to po prostu utratę kilkorga bardzo wybitnych kolegów – a biznes czy sektor pozarządowy wchłoną ich z pocałowaniem ręki. Tym różnią się Obywatele Nauki od KKHP, że mówimy: 2% PKB + transparentne procedury. Bez tego drugiego elementu pieniądze nic nie dadzą.
    Określenie „system grantowo-punktowy” też nie jest chyba do końca trafne. Granty NCN są oceniane w sposób jakościowy; oceny nie sprowadzają się do zliczania punktów, jak niektórzy sądzą. To raczej instytucje zliczają pracownikom punkty w ocenach dorobku – co zresztą skrytykowałem w swoim tekście.

  2. Pełna zgoda. Ja uważam, że pracownicy naukowi powinni pracować zgodnie z systemem „godnie zarabiać, godnie pracować”. Co oznacza z jednej strony godziwe zarobki bez konieczności dorabiania z grantów, a z drugiej strony – wymagania adekwatne do dobrze opłacanej pracy.

    Granty moim zdaniem powinny być sposobem na uniknięcie obciążeń dydaktycznych – np. jeśli pracownik ma grant, to może w całości przeznaczać pensum na badania naukowe, a nie na dydaktykę. W ten sposób byłby wilk syty i owca cała – pracownicy uczelni, którzy chcą dzielić pracę między dydaktykę i naukę mieliby taką możliwość (za godziwą pensję), a ci, którzy chcą się poświęcić tylko działalności naukowej, mogliby uzyskiwać granty i w ten sposób skupić się na pracy czysto naukowej (pieniądze za grant w takiej sytuacji dostawałaby jednostka pracownika, która mogłaby za to np. zatrudnić dodatkowego dydaktyka).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *