O szkodliwościach historii PPSu dla życia

W wywiadzie dla Newsweeka Sławomir Sierakowski stwierdził: „skąd właściwie to przekonanie, że w Polsce lewicowa partia ma być taka silna? Nigdy w historii nie była. PPS w wyborach parlamentarnych dostawała raptem kilkanaście procent. Dominowała katolicko-narodowa prawica. Żeby ją zatrzymać, potrzeba było zamachu majowego”. Wypowiedź ta budzi zdziwienie dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, w warstwie historycznej przekonanie o „odwiecznej” słabości polskiej lewicy nie jest do końca trafne. Jak zauważył Remigiusz Okraska, redaktor „Nowego Obywatela” i portalu lewicowo.pl (poświęconego tradycjom polskiej lewicy niepodległościowej): „W latach 20. oprócz PPS w miastach, była najpierw jedna, a później dwie silne partie lewicy ludowej: PSL „Wyzwolenie” i Stronnictwo Chłopskie. Był też żydowski Bund. Nie liczę komunistów, słabych do przewrotu majowego ugrupowań lewicy piłsudczykowskiej czy różnych maleństw i efemeryd lewicowo-chłopskich, lewicowo-żydowskich czy lewicowo-inteligenckich. Ta „słaba” lewica otrzymywała w sumie od ok. 24 do 32% głosów w wyborach w 1919, 1922 i 1927″ etc. Trudno zatem mówić o „słabości”.

Jeszcze większe zdziwienie budzi stwierdzenie, że zamach majowy był „potrzebny”. Być może jest to tylko lapsus językowy, ale jeśli nie, to oznacza to ni mniej ni więcej tyle, że redaktor jednego z najbardziej wpływowych pism polskiej lewicy niezależnej uważa (było nie było) wojskowy zamach stanu za rzecz, jeśli nawet nie pożądaną, to pożyteczną. Jeśli dobrze rozumiem, to rozumowanie jest takie – skoro lewica jest, z jakichś (esencjalnych?) powodów w Polsce słaba, to już lepszą rzeczą jest, jeśli mamy w Polsce do czynienia z autorytaryzmem i brakiem demokracji, niż z demokratycznymi rządami prawicy. Cóż, dziwna to myśl w ustach socjaldemokraty.

Można powiedzieć, że ocena zamachu majowego to kwestia wyłącznie historyczna i marginalna. Myślę jednak, że ma ona duże znaczenie dla współczesnych postaw, które, jeśli się nie mylę, to dadzą się na szeroko rozumianej lewicy zauważyć (choć, oczywiście, nie jestem pewny czy można je przypisać personalnie np. Sierakowskiemu). Otóż jeśli jesteśmy przekonani, że lewica w Polsce nigdy silna nie była i silną raczej być nie może i jeśli wolimy autorytaryzm od demokratycznie ugruntowanych rządów naszych przeciwników politycznych, to racjonalnym wyborem będzie nie upominanie się za głośno o realną demokrację. Nie dam sobie ręki obciąć, że ostatnie wybory samorządowe w Polsce zostały sfałszowane, jednak sposób ich przeprowadzenia, statystycznie anomalne wyniki, powinny budzić wątpliwości. Tymczasem nasi rodzimi zwolennicy „radykalnej demokracji”, wytrwali czytelnicy Rancirera oraz Mouffe zachowali w tej materii dziwną wstrzemięźliwość (choć oczywiście są wyjątki, jak np. Adam Ostolski). Chciałbym się mylić, ale obawiam się, że ta umiarkowana postawa bierze się z tego, że realna demokracja może być uznawana za zbyt niebezpieczną w naszej sytuacji, gdy wybory może wygrać nielubiana przez nas partia prawicowa. Być może zatem lepiej jest robić wywiady z byłym ministrem policji a z żądaniem autentycznego ludowładztwa czekać na lepsze czasy i lepszy lud. Ale wciąż mam nadzieję, że się tu mylę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *