Bobos w świecie resentymentu

Dynamika procesów społecznych jest w istocie nieprzewidywalna. Nikt nie wie, dlaczego lud Paryża rzucił się, by podpalać akurat Bastylię, ani dlaczego to upór Rosy Parks stał się iskrą rozpalającą walkę z segregacją rasową. Podobnie trudno jest zrozumieć, dlaczego to akurat felietony Poli Dwurnik wywołały jedną z największych burz w polskich internetach. Mleko się jednak rozlało, szerokim strumieniem popłynęła rzeka internetowego hejtu oraz nieco cieńsza strużka oburzenia na ten hejt. Oczywiście, nie jest tak, że to gwałty swawolnej lubieżniczki Poli na stylistyce języka polskiego spowodowały ten fenomen: musi tutaj chodzić o coś głębszego, czyli o jakieś fenomeny społeczne. Feministki od razu wyczuły seksizm, jednak nie wydaje mi się to dobrym tropem – gdy w obronie Poli stanął niezastąpiony Jaś Kapela, to mimo różnicy genderowej oberwał tak samo.

Musi zatem się rozchodzić o klasę. Hejt na Dwurnik jest ni mniej ni więcej wyrazem gniewu klasowego. I właśnie dlatego Dwurnik-gate jest tak szalenie istotna w kwestii świadomości młodej lewicy, określa ona bowiem jaki stosunek żywimy do pewnych podziałów klasowych (no bo przecież nikt nie żywi niechęci do pani Dwurnik personalnie). Dla części lewicy reprezentowanej przez Kapelę i jego akolitów, rzucanie mięsem na Dwurnik jest przejawem źle skierowanego gniewu klasowego – nie jest ona przecież „burżujką”, żyjącą z eksploatacji klas uciskanych, lecz „tylko” artystką oddającą się radosnej konsumpcji. Ale to właśnie to budzi gniew. Ostatecznie więc okazuje się, że cała ta afera jest probierzem stosunku jaki żywimy do tzw. Bobos (czyli bohemy-burżuazji). I wychodzi na to, że bobos cieszą się dość powszechną nienawiścią.

Ów sentyment może się wydawać nieco zdumiewający. Dlaczegóż mielibyśmy tak bardzo Bobos nie lubić? Sam przyznam, że gdy przez internet przelewała się fala niechęci do Joanny Erbel po niesławnym wywiadzie w Gazecie Wyborczej, to byłem mocno zdziwiony, że w atakach na nią nie w dużej chodziło o to, że jest „złą polityczką”, ale że ma w życiu „za dobrze”; umówmy się – własnościowe 50 m na Mokotowie to może jest sporo z punktu widzenia bezrobotnej szwaczki, ale nie jest to jednak poziom bogactwa jaki osiągają nasi rodzimi mikro-oligarchowie. Ale resentyment wobec Bobos nie dotyczy kwestii tego, że mają oni dużo pieniędzy. Chodzi o co innego – o czas. W naszym postkolonialnym postfordyzmie czas jest dobrem niezwykle rzadkim. Jak wnikliwie zauważa Guy Standing współczesny prekariusz, uwięziony w ciągłej gonitwie za słabo płatnymi i niepewnymi zleceniami cierpi na chroniczny brak czasu, co uniemożliwia mu partycypację w życiu politycznym czy kulturalnym (robotnik w późnym kapitalizmie miał zagwarantowany czas wolny, współczesny prekariusz jest w pracy zawsze, nawet jeśli jest bezrobotny).

Natomiast Bobos (i felietony Dwurnik są tego doskonałym przykładem) wręcz epatują dużą ilością wolnego czasu, którą mogą wykorzystywać na robienie niezwykle ciekawych i spełniających rzeczy. Jak wiemy już od Veblena „próżnowanie na pokaz” jest równie skuteczną metodą ekspresji przewagi klasowej jak ostentacyjna konsumpcja. Bobos nie muszą być przesadnie bogaci by okazywać sprekaryzowanemu plebsowi swoją wyższość – wystarczy, że pokażą mu swoją niezależność od opresyjnego reżymu ciągłej postfordowskiej produkcji (nawet niematerialnej). I okazuje się, że ta ostentacyjność budzi olbrzymie pokłady resentymentu.

Nawet jeśli zgodzimy się że mamy tutaj problem ze źle skierowanym gniewem klasowym (bo od skierowania Jasia Kapeli na przymusowe roboty nikomu w życiu się nie poprawi), to ten gniew ma realne konsekwencje dla polityki mikrolewicowej. Otóż okazuje się, że projekt klasowej mobilizacji prekariatu, co wydaje się być głównym celem „nowej lewicy” rozbija się o to, że grupa, która miałaby stanowić awangardę owej mobilizacji jest przez rzeczony prekariat odrzucana ze względów „klasowo-estetycznych”. Rzecz jasna, można sobie powiedzieć, że „społeczeństwo jest gupie” i nie potrafi rozpoznać „właściwego wroga”, jednak, jak sądzę, skuteczne działanie polityczne zakłada, że to ci, którzy wychodzą z odpowiednią ofertą polityczną muszą również dopasować estetykę tego przekazu do wrażliwości odbiorcy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *